18 lutego 2018

Malowanie płytek czyli home staging mieszkania na wynajem

Home staging w teorii to przygotowanie nieruchomości pod sprzedaż lub wynajem. W praktyce każdy rozumie to trochę inaczej. Mam wrażenie, że pojęcie to jest najczęściej używane przez stylistów, którzy po prostu dekorują przestrzeń. Ale ja podchodzę do takich zabiegów z dużym dystansem. Dla mnie home staging to większe zmiany związane z wymianą niektórych mebli, malowaniem ścian czy jakimś drobnym remontem. 

Właśnie taki home staging po mojemu mieliśmy okazję ostatnio przeprowadzić.

Mieszkanie było już wstępnie odświeżone przez osobę, która je sprzedawała. Wyniesiono wszystkie meble i odmalowano ściany na biało. To już sporo! Dzięki tym zabiegom pokoje prezentowały się świeżo. Większe zmiany musiałyby się już wiązać z większą inwestycją, co opóźniłoby transakcję, podniosło cenę, a ostatecznie nowi mieszkańcy może i tak by wszystko zmieniali, by mieć po swojemu. Myślę, że takie odświeżenie pod sprzedaż było strzałem w dziesiątkę.

Natomiast nowy właściciel postanowił mieszkanie wynająć, więc trzeba było pójść o krok dalej. Zostawiać bez żadnych zmian było raczej ciężko, a kompleksowy remont wiązałby się z olbrzymią inwestycją. Dlatego zaproponowaliśmy takie większe odświeżenie.


Pozostałości starych mebli kuchennych wyjechały i została pusta kuchnia w takich żółtawych barwach. Kafle były w dobrym stanie, ale ze względu na tę zupełnie niedzisiejszą kolorystykę postanowiliśmy je trochę uwspółcześnić poprzez malowanie.


Malowanie płytek to kilka dni roboty, gdyż między warstwami musi upłynąć trochę czasu, a nie da się malować ścian i podłogi jednocześnie choćby ze względu na taśmę. Na szczęście poszło sprawnie. Na ściany wystarczyły trzy czy cztery warstwy, na podłogę chyba trzy, ale po dwóch już było super.

Wykorzystaliśmy farby V33. Czytałam wcześniej opinie w internecie, więc wiedziałam, czego się spodziewać - farba dość szybko zasycha, więc trzeba ją od razu rozprowadzać. Kusi, by najpierw pomalować wszystkie fugi, ale wtedy zostałyby widoczne ślady pierwszej warstwy.

Więcej o farbach do płytek możecie przeczytać w moim poprzednim poście.


Jedyna rzecz, którą bym dzisiaj zrobiła inaczej - odkręciłabym kontakty przed malowaniem. Tu na szczęście i tak je wymienialiśmy, bo stare mocno pożółkły i fatalnie się prezentowały na tle nowych jasnych barw. Ale kontaktów po prostu nie da się aż tak dobrze obkleić. Przy normalnym malowaniu ścian to jakoś lepiej wychodzi niż przy malowaniu kafli.

Już po fakcie doczytałam, że Marta miała podobny problem w swojej łazience.

Ja wiem - sprzątanie przed malowaniem jest już mocno wyczerpujące, a jeszcze trzeba obkleić wszystko taśmą... perspektywa dodatkowej czynności w postaci odkręcania czegokolwiek może być mocno dobijająca. Ale warto! I jak już się to wszystko przygotuje, samo malowanie będzie czystą przyjemnością :)


Po malowaniu przez 20 dni trzeba obchodzić się z płytkami bardziej delikatnie (nim farba uzyska pełne właściwości), ale my nie mieliśmy aż tyle czasu i jeszcze w tym samym tygodniu musieliśmy zamontować kuchnię. Na szczęście fachowiec, z którym współpracujemy, jest bardzo ostrożny i nie rzuca narzędziami. Jedyne ślady, jakie powstały, to przy lodówce, którą trzeba było wsunąć po podłodze. Ale jak widzicie na zdjęciu - zupełnie nie rzucają się w oczy.


Pokoje w tym mieszkaniu są dwa i wymagały jedynie urządzenia. Często zdarzają się najemcy ze swoimi meblami, więc nie chcieliśmy przesadzić z ilością, by potem nie było problemu. 


Neutralna kolorystyka, podstawowe funkcje. Ostatecznie odezwał się najemca z innego kraju, który nie przywiózł swoich rzeczy, ale poprosił jedynie o dodatkową komodę i akcesoria kuchenne.


Fakt, że wszystkie meble (poza szafą w zabudowie) są nowe, to olbrzymi atut tego mieszkania.

Myślę, że jest sporo takich mieszkań, które nie cieszą się specjalnym zainteresowaniem i sprawiają wrażenie, jakby potrzebowały kompleksowego remontu. A tak naprawdę wystarczy przemalować ściany i wymienić meble.


Na koniec łazienka. Tu kafelki na ścianach były białe, dlatego nic z nimi już nie robiliśmy. Przemalowaliśmy za to podłogę na szaro, tak jak w kuchni.


Wprowadziliśmy również mniejsze zmiany, takie jak wymiana deski klozetowej, spłuczki, słuchawki prysznicowej czy lustra. Dodatkowo w łazience pojawiła się nowa pralka.


Niewielkie zmiany, a jednak zrobiły ogromną różnicę. 
Chociaż trzeba przyznać, że samo zrezygnowanie z deski w pływające ryby to już połowa sukcesu!


Cała metamorfoza kosztowała około 11 tys. złotych. Połowa tej kwoty to zabudowa kuchenna (4931,-) wraz z montażem (800,-). Istotnym wydatkiem są też pozostałe meble i pralka (w sumie około 3-4 tys. złotych). Na resztę sumują się drobniejsze wydatki, takie jak lampy, dekoracje czy farby. Same żarówki kosztowały 120 zł - niby niewiele, ale takich mniejszych kwot przy okazji wszelkich remontów jest zawsze sporo i warto o nich pamiętać, bo ostatecznie znacząco podnoszą koszt całościowy.

Mam nadzieję, że nasz home staging przypadł Wam do gustu :)

Gdybyście sami chcieli odmienić jakieś mieszkanie malując płytki, skorzystajcie z mojego wpisu o farbach do płytek. Zajrzyjcie też do TEGO postu zobaczyć więcej imponujących metamorfoz!