26 sierpnia 2018

Życie przedsiębiorcy - kilka słów o moich doświadczeniach

Właśnie przeczytałam książkę "Zaufanie czyli waluta przyszłości", w której Michał Szafrański z Jak oszczędzać pieniądze opowiada o rozwoju swojego jednoosobowego biznesu. Pomimo wielu liczb, to nie jest suchy podręcznik ekonomii, tylko bardzo emocjonalna opowieść o spełnianiu marzeń. W historii Michała odnalazłam siebie, co utwierdza mnie w przekonaniu, że przedstawione przemyślenia są bardzo uniwersalne i dlatego chcę Wam o tym trochę opowiedzieć.


Podczas lektury targały mną różne emocje. Pomińmy te chwilowe jak śmiech czy wzruszenie przy konkretnych anegdotach. Chodzi o te głębsze, bo z jednej strony czułam dumę z sukcesów Michała, cieszyłam się jego szczęściem i to było pozytywne, a z drugiej strony, cały czas miałam z tyłu głowy nasze działania i bolało mnie, jak wiele jeszcze pracy przed nami. Co rusz pojawiała się we mnie nadzieja, że skoro Michałowi tak fajnie poszło, to i my pewnie w końcu wyjdziemy na prostą, ale to przeplatało się się z poczuciem bycia totalną porażką, która nic nie potrafi naprawdę dobrze zrobić.

Śmiesznie się składa, bo założyłam mojego bloga dokładnie w tym samym miesiącu (lipiec 2012), co Michał swojego. Co więcej, mieszkamy niedaleko siebie i jesteśmy absolwentami tego samego liceum! Mamy nawet podobny stosunek do pracy, pieniędzy i oszczędzania. Dlaczego więc na moim koncie nie ma milionów z projektów okołoblogowych? W głębi serca dobrze znam odpowiedź na to pytanie. Podzielę się z Wami moimi przemyśleniami. Wiem, że nie tylko ja niepotrzebnie obniżam sobie samoocenę porównując się z innymi, więc może wyciągniecie z moich rozważań wnioski, które Wam też pomogą spojrzeć na siebie bardziej przychylnym okiem.

***

Zacznę od dzieci. To moim zdaniem jeden z najistotniejszych czynników środowiskowych wpływających na rozwój biznesu. Bo co tu dużo mówić, pogodzenie roli rodzica z karierą to jakiś kosmos. Nie wierzę, że da się obie rzeczy robić naprawdę dobrze, bo zarówno dzieci (zwłaszcza małe), jak i praca (zwłaszcza rozwijanie swojego biznesu) wymagają od nas dużego zaangażowania. Skończyły się czasy wychowywania dzieci przez babcie i kończenia pracy o 15. Powiedzmy to sobie wprost. Takie są realia. Musimy wybierać i nie utonąć w wyrzutach sumienia.

Michał o swojej roli taty napisał tak: "aspiruję do tej roli, bo praca wciąż zajmuje większość mojego życia". Rozumiem to. U nas jest o tyle inaczej, że pracujemy razem i obowiązkami domowymi też dzielimy się w miarę po równo. Nie potrafiłabym bardziej odpuścić na rzecz rozwijania firmy. Może będę mogła pracować więcej, gdy dzieci urosną i będą żyły swoim życiem. Teraz mam czas przede wszystkim dla nich i nie mogę powiedzieć, że praca zajmuje większość mojego życia. Myślę, że zajmuje połowę. Jeśli mój biznes będzie rozwijać się pięć razy dłużej, to trudno. Taki jest nasz wybór. Takie mamy priorytety. Gdy dzieciaki są chore, praca stoi. Gdy mają wakacje, praca stoi. Wizyta u specjalisty, praca stoi. Kłócimy się i musimy to przegadać, praca stoi. Niestety! Ale tylko żyjąc z ten sposób mogę spać spokojnie. Praca może poczekać, dzieci  i nasze małżeństwo niekoniecznie. Póki udaje nam się żyć w ten sposób, korzystamy. Widzę, jak mocno obniża to naszą produktywność i jest to dość frustrujące, ale pogodziłam się z tym.

"Jesteśmy sumą doświadczeń z całego życia" (s. 47)

Michał w książce bardzo podkreśla, jak duże znaczenie na rozwój bloga miały jego doświadczenia zawodowe z poprzednich lat, i to nie z tych kilku ostatnich, ale naprawdę z całego życia. Uczymy się przecież cały czas, a wnioski z teoretycznie nawet zupełnie niepowiązanych przygód mogą nam bardzo ułatwić pracę przy kolejnych projektach.

Gdy Michał startował z blogiem, miał przygotowany plan działania, znał rynek i postawił sobie jasne cele. Wiedział, co zamierza zrobić. Wiedział, co chce osiągnąć.
Gdy ja startowałam z blogiem, nie znałam żadnych innych blogów wnętrzarskich i nie wiedziałam, po co właściwie to robię. Zrobiłam to spontanicznie, pod wpływem impulsu. Na próbę. I tak naprawdę, podobnie było z naszym sklepem FIDO design.

"Za długo rozmyślając, często znajdujemy wiele przeszkód, które hamują nas przed działaniem. Czasem warto po prostu działać" (s. 76)


Mocno wierzę, że sukcesy nie są dziełem przypadku, tylko ciężkiej pracy i umiejętności. W przypadku historii Michała moja teoria znajduje potwierdzenie. Podczas, gdy Michał miał pokaźne doświadczenie zawodowe w różnych branżach, ja byłam w połowie studiów mając na koncie jedynie różne prace dorywcze. Uczę się biznesu metodą prób i błędów. Nie zawsze jest różowo, a wszystkie sukcesy przychodzą bardzo powoli. Na co dzień tak tego nie pokazuję. Staram się raczej mówić o tych pozytywnych aspektach. Ale w zaciszu domu bardzo często nachodzi mnie zwątpienie i czarne myśli. Książka Michała pokazała mi, że nie jestem w tym sama. On również, nawet przeżywając naprawdę wielkie sukcesy, w głębi serca zadręczał się tym, czego jeszcze nie udało mu się zrobić. Szklanka zawsze jest w jakimś stopniu pusta.

Marcin Hinz po zmontowaniu odcinka Michała o rozterkach, które nim targają, powiedział: "straszna jest psychika ludzka" (s. 401) i ja w pełni się z nim zgadzam! Największym problemem w rozwoju naszej firmy jesteśmy często my sami.

Michał radzi, by w chwilach zwątpienia przypominać sobie wszystkie najradośniejsze chwile. Miłe maile od czytelników, podziękowania, spotkania... to, co sprawiło nam radość i nas motywowało. To, co udowadnia, że nasza praca ma sens. Pomyślałam, że to trochę takie czarowanie swojego Patronusa w obronie przed Dementorami (pozdrawiam fanów Harrego Pottera). Warto próbować, choć podobnie jak w świecie magii, raczej nie jest to proste.

Dlaczego to robisz?

Dlaczego? To podstawowe pytanie, które należy zawsze sobie kilka razy zadać zanim zabierzemy się za dany projekt. Odpowiednie motywacje pomogą nam przezwyciężyć trudności, z jakimi będziemy musieli się mierzyć.

Ciekawe jest to, że po pięciu latach prowadzenia bloga wciąż nie umiem sprecyzować, po co właściwie go prowadzę. Dzielę się swoimi doświadczeniami, pokazuję ciekawe rozwiązania do wnętrz, wyszukuję fajne produkty. Ale po co? Przecież w głębi serca uważam, że każdy powinien mieszkać po swojemu. Oczywiście, żeby dobrze wybrać, trzeba najpierw ze wszystkim się zapoznać, więc inspiracje mogą się przydać. Ale przecież i tak nigdy nie dorównam z ilością materiałów zdjęciom z Pinteresta! Dryfuję więc dalej w nieznanym kierunku. Lubię tu pisać i wiem, że Wy też lubicie tu zaglądać. Blog mocno ukształtował moje życie, więc nie potrafiłabym go porzucić. Myślę, że kiedyś w końcu sprecyzuję swój blogowy cel.


Inaczej jest z naszym sklepem z ładnymi dewocjonaliami FIDO design. Brakowało minimalistycznych krzyży w sklepach, dlatego postanowiliśmy zrobić je sami. Zauważyliśmy też, że dewocjonalia kojarzą się z kiczem, dlatego postanowiliśmy to zmienić. To są nasze motywacje. Gdybyśmy usiedli przy stole i rzucili hasło "hej, załóżmy sklep, który przyniesie nam dużo pieniędzy!", raczej nie weszlibyśmy w tak kontrowersyjną tematykę ;)

"Największe pieniądze w życiu zarabia się wtedy, gdy nie stawia się ich na pierwszym miejscu" (s. 25)

Nie wiem jeszcze, czy to prawda z tymi dużymi pieniędzmi, bo sami ich nie mamy. Ale wiem, że jeśli coś miałoby się nie udać i miałabym dużo przepracować, a potem nic z tego nie mieć, to niech to chociaż będzie to coś fajnego, w co mocno wierzę. Niech zostaną ze mną fajne doświadczenia i miłe wspomnienia. Dlatego nie stawiam pieniędzy na pierwszym miejscu. 

Do teraz FIDO nie przyniosło nam jeszcze żadnego dochodu. Cały przychód ponownie inwestujemy - dzięki temu możemy rozszerzać asortyment i docierać do nowych klientów.


Gdy wystartowaliśmy ze sklepem, zupełnie nie wiedzieliśmy, czego się spodziewać. Znowu odbił nam się czkawką zupełny brak doświadczenia. Chcieliśmy wystartować i zobaczyć, co się stanie. Bardzo bałam się reakcji - w końcu nie tylko nagle zaczynam coś sprzedawać, ale w dodatku wchodzę na grunt religii. Wiedziałam już, czym to skutkuje. Dwa lata wcześniej, prawie rok po publikacji wpisu o krzyżach we wnętrzach, na spotkaniu blogowym usłyszałam:

- Wiesz co, Magda, ty to jednak jesteś normalna!
- No tak, a czego się spodziewałaś?
- Myślałam, że jesteś taką dewotką.

Jeden wpis na blogu wyrobił mi taki wizerunek. I to wpis, pod którym pojawiły się również negatywne komentarze sugerujące, że nie traktuję Boga poważnie, bo krzyż "jest od tego, żeby przed nim klękać, a nie patrzeć, jak wygląda".

To co będzie teraz, gdy otwieram sklep z dewocjonaliami?!

Tak bardzo bałam się reakcji na nasz nowy sklep, że nie zaplanowałam żadnych działań promocyjnych. Napisałam o otwarciu na blogu i już. Czekałam, co się stanie. W związku z tym okazało się, że nagle mam trochę wolnego czasu. I dlatego postanowiłam się przekonać, jak to jest być agentem nieruchomości. Zawsze chciałam spróbować, a to wydał mi się idealny moment. Och, jaka ja byłam głupia!

Nie dość, że prowadzę bloga. Nie dość, że nagrywam filmy na YouTube. Nie dość, że robię zdjęcia wnętrz. Nie dość, że otworzyłam sklep internetowy, który generuje stałe koszty i powinnam się nim dobrze zająć. To jeszcze zaczęłam nową pracę w agencji nieruchomości. Masakra.

"Niedotrzymywanie ambitnego terminu spowodowało, że straciłem entuzjazm do pisania, a wyrzuty sumienia powodowały, że coraz trudniej było mi się do tego zabrać" (s. 394) 

Na początku było super. Praca w agencji nieruchomości okazała się naprawdę spoko. Jakimś cudem dość łatwo przełknęłam wszystkie minusy, których jest jednak sporo. Problem pojawił się po kilku miesiącach, gdy okazało się, że praca agenta angażuje mnie coraz mocniej (mocniej niż planowałam!), sklep generuje koszty i stoi w miejscu (nic dziwnego, skoro nic się z nim nie robi!), a ja nie mam siły napisać wpisu na bloga. Im więcej spraw zawalałam, tym mniej byłam w stanie robić. Czułam, że dzieje się ze mną coś bardzo złego. Pisałam Wam o tym w zeszłym roku w poście "Gorsze dni?"

"Podświadomie zakładałem, że jestem cyborgiem zdolnym pracować non stop, bez przerw na regenerację pomiędzy kolejnymi projektami. Nie potrafię tak funkcjonować długofalowo, a poza tym w życie wkradają się niezaplanowane wydarzenia" (s. 290)

Musiałam się zatrzymać i ułożyć sobie wszystko od początku. Najpierw myślałam, że zamknę sklep, by mieć więcej czasu na pracę w nieruchomościach. A potem przyszły święta i nasza szopka spotkała się z tak pozytywnym odbiorem, że nie wyobrażałam sobie, by skończyć z FIDO design. Musieliśmy mocniej się zaangażować i dopiero wtedy ocenić, czy potrafimy wykorzystać potencjał naszego sklepu. Gdy zaczęliśmy działać, nie byłam w stanie pracować dalej w agencji.

"Aby skoncentrować się na priorytetowym przedsięwzięciu czasami trzeba porzucić systematyczność w innych obszarach" (s. 396)

Po kilku miesiącach szamotaniny z czasem, postawiłam na projekty własne. Do nieruchomości łatwiej będzie mi wrócić w przyszłości niż na nowo otwierać kolejny sklep. To była w gruncie rzeczy rozsądna decyzja.


"Nie wystarczy zrobić dobry produkt. Trzeba go jeszcze umieć ładnie opakować i skutecznie poinformować świat o jego istnieniu" (s. 339)

Do kwietnia daliśmy sobie czas, by poszerzyć asortyment sklepu i zdążyć z reklamą przed sezonem komunijnym. Marketing okazał się olbrzymim wyzwaniem. Wiemy, jak działa blogosfera wnętrzarska, ale temat dewocjonaliów nie każdemu pasuje, a my mamy mocno okrojony budżet. Co innego pozyskać publikacje dla kogoś, a co innego dla siebie. Znowu huśtawka emocjonalna - od olbrzymiej radości, gdy ktoś o nas wspomniał, choć wcale nie prosiliśmy, po totalny dół przy odbijaniu się od ściany, gdy próbujemy nawiązać współpracę i jesteśmy zbywani. Na szczęście udało się zwiększyć ruch. Zrobiło się lepiej niż planowaliśmy na ten czas. A zarazem wciąż nie czuliśmy się zadowoleni! Aż mi wstyd, że emocje są takie nieracjonalne. Ale apetyt rośnie w miarę jedzenia. Poprzeczka poszła w górę. Gdy okazało się, że nie musimy dokładać do utrzymania sklepu, zaraz zamarzyły nam się dochody. Na to jednak będziemy musieli jeszcze trochę poczekać. W tym momencie koncentrujemy się na przygotowaniach do sezonu bożonarodzeniowego, a ponieważ produkcja szopek w Polsce jest naprawdę droga, znowu inwestujemy kolejne pieniądze.

Właśnie... pieniądze.

"Bardzo nie podoba mi się bowiem teza [...] pozycjonująca oszczędzanie jako synonim obciachu i wmawianie oszczędnym, że muszą mieć fatalne życie" (s. 392)

Mam różne swoje małe marzenia związane z naszym sklepem. Chciałabym na przykład, by w przyszłości na FIDO design można było znaleźć wszystkie współczesne ładne dewocjonalia polskiej produkcji. Żeby to był pierwszy wybór większości Polaków przy poszukiwaniu prezentów z okazji różnych sakramentów. Ale to nie znaczy, że mogę się teraz skoncentrować wyłącznie na dodawaniu nowych produktów! Jakie by nie były moje motywacje do założenia tego sklepu, to jednak jest sklep. Przede wszystkim, muszę zadbać, by przychody były większe od kosztów. To nie ma wiele wspólnego ze wzniosłymi ideami, ale taka jest kolej rzeczy. Jeśli firma zbankrutuje, z realizowania ambitnych planów też nic nie wyjdzie.

Chociaż jestem tego w pełni świadoma, wciąż jest mi głupio, gdy nie realizuję jakiegoś pomysłu na produkt, bo okazuje się on dla nas zbyt drogi. Znowu głowa myśli jedno, a serce czuje drugie. Ale kwestia pieniędzy jest kluczowa, by utrzymać wszystko na właściwych miejscach, dlatego tu nie pozwalam sobie na przesadne sentymenty.

Płynność finansowa jest też niezbędna, by nie zawieźć naszych partnerów. Jeśli umawiam się z kimś na przelew, to muszę zapłacić. Nie wyobrażam sobie nie dotrzymać umowy i zawieźć ludzi, którzy mi zaufali. 


"Zaufanie czyli waluta przyszłości"

Uroczy jest jeszcze jeden zbieg okoliczności. W tytule książki Michała Szafrańskiego jest zaufanie. A nazwa naszego sklepu, FIDO, znaczy dokładnie to samo po włosku - zaufanie. Nie bez znaczenia jest dla nas również drugie znaczenie z esperanto - wiara, ale włoskie jest częściej rozszyfrowywane.

Michał w książce opowiadał o budowaniu swoich wiarygodności jako bloger w oczach czytelników. By mogli od nas coś kupić, muszą nam zaufać. 
My wyszliśmy z założenia, że cała idea sklepu internetowego opiera się na zaufaniu. Ktoś ogląda zdjęcia, ale w gruncie rzeczy tak do końca nie wie, co kupuje. To wymaga dużego zaufania.

Michał często podkreśla też, że dobro wraca. Warto zaufać Opatrzności i po prostu robić swoje.
Mamy dokładnie te same doświadczenia! Zdarzało nam się złamać procedury, a klienci obdarzeni zaufaniem jeszcze nigdy nas nie zawiedli. Koleżanki blogerki nie raz same z siebie polecały nas w swoich wpisach. To bezinteresowne wyciąganie do nas ręki! 

Ja naprawdę nie muszę wierzyć w dobro. Regularnie go doświadczam, więc po prostu wiem, że istnieje. Oczywiście to nie znaczy, że zawsze jest super. Nie jest tak, że nas nikt nigdy nie oszukał. Po prostu ostateczny bilans jest bardzo pozytywny, dlatego działam dalej i z ufnością patrzę w przyszłość.

***

Wszystkie cytaty z tego postu pochodzą z książki "Zaufanie czyli waluta przyszłości" Michała Szafrańskiego. Jeśli prowadzicie swoją firmę i szukacie motywacji, lub chcielibyście spróbować swoich sił w pracy u siebie i dla siebie, ale brakuje Wam odwagi, sięgnijcie po tę książkę. Oby takich pozytywnych historii wokół nas było jak najwięcej :)

A jeśli wciąż macie wrażenie, że wszystkim wszystko wychodzi, tylko Wam nie, to zobaczcie status Michała z tego miesiąca: KLIK. Wszyscy mierzymy się z trudnościami. Szklanka nigdy nie jest idealnie pełna.

#zcwp #zaufanieczyliwalutaprzyszlosci

Komentarze

  1. Magda, jestem w trakcie czytania książki i mam podobne odczucia. Na początek dzieci - to one teraz wymagają najwięcej mojej uwagi i czasu (mamy w podobnym wieku). Po drugie - praca na etacie, z której nie mogę zrezygnować w tej chwili, bo utrzymanie rodziny jest priorytetem. Po trzecie - blog, który raz lepiej, raz gorzej funkcjonuje. Po czwarte - wielkie marzenie o projektowaniu wnętrz na co dzień, a nie tylko od czasu do czasu, dla znajomych i z polecenia. To czego najbardziej mi brakuje, to czas. Musi jeszcze chwilę minąć, żebym miała go na tyle, żeby intensywnie rozwijać to, o czym marzę.
    Michałowi gratuluję (jak każdemu, kto swoją pracą odniósł sukces) i trochę zazdroszczę (tak pozytywnie). Bo ja też tak chcę! :) I może za 8-10 lat (jak będę mniej więcej w wieku Michała), też będę mogła powiedzieć o sobie "milionerka" :D Czas, doświadczenie, samodyscyplina, wsparcie rodziny i zaufanie (sobie, Bogu, innym ludziom).

    A FIDO życzę wszystkiego dobrego! I może przyjdzie ten czas, że Wasza szopka stanie u mnie w domu. A może nawet kiedyś będziemy współpracować ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trzymam kciuki, byś spełniła swoje marzenia! A z tym byciem milionerem - zarabiając 3 tys. zł miesięcznie, po 28 latach pracy z automatu stuka milion :D czasem łatwo przegapić, ile się już samemu w życiu wypracowało! :D Dzięki za miłe słowa - będziemy o Tobie pamiętać :)

      Usuń
  2. Hej Magda,

    Dzięki wielkie za fajną recenzję książki popartą Twoimi / Waszymi doświadczeniami. Miło było przeczytać. :)

    Powodzenia dalej!

    OdpowiedzUsuń
  3. Świetny wpis. Bosh, ja właśnie myślę chyba, że jestem cyborgiem... A tak się nie da przecież...

    OdpowiedzUsuń