8 czerwca 2015

Nasza nieidealna wycieczka

Spotykam się w internecie z dwoma skrajnymi opiniami na temat podróżowania z dziećmi. Jedni twierdzą, że to bez sensu, że się nie da, i że niepotrzebne męczenie dzieci. Drudzy upierają się, że takie wycieczki to bułka z masłem, a do tego szansa na wspólne spędzanie czasu, pokazanie dzieciom świata i czysta przyjemność. 

A to wszystko nie do końca tak działa!





W ostatni weekend wybraliśmy się na wycieczkę do Płocka. 

Zgodnie z pierwszym opisanym tokiem rozumowania, naraziliśmy nasze dzieci na utratę życia (podróż samochodem) lub zdrowia (długie przebywanie na słońcu). Zupełnie bez sensu, bo przecież takie maluchy i tak nic nie będą pamiętać! Co za samolubni rodzice!

Zgodnie z drugim tokiem myślenia, dzieci powinny przespać całą drogę. Następnie pokazalibyśmy im najciekawsze eksponaty w muzeum secesji. Potem katedra, zamek i muzeum diecezjalne, w którym czeka diadem płocki i inne złote pamiątki po władcach naszego kraju. Świetna okazja, by zapoznać dzieci z historią kraju! Jeszcze spacer po mieście, sesja zdjęciowa na pamiątkę i wspólny obiad w restauracji. Wszyscy szczęśliwi i w pełni sił!






A jak jest naprawdę? Marcin zasnął w aucie nie wyjeżdżając spod domu, tylko w momencie wjeżdżania do Płocka. Na szczęście perspektywa zobaczenia lwa okazała się na tyle ciekawa, że udało się go zaraz obudzić. Oczywiście zamiast do muzeum (gdzie przecież żadnych lwów byśmy nie znaleźli), poszliśmy do zoo. Chociaż okazało się wyjątkowo malutkie, co jest wielką zaletą przy zwiedzaniu z maluchami, to i tak zajęło nam cały dzień i straszliwie nas wymęczyło.







Były gofry, lody, kolorowe mrożone napoje, fikanie po pustej klatce i karmienie kózek (chociaż "karmienie" to w tym przypadku dużo powiedziane - kupiliśmy Marcinowi karmę w automacie, ale kozy nie chciały na nią nawet spojrzeć; Marcinowi oczywiście było przykro, ale w końcu udało się znaleźć osobnika, który się poświęcił i coś tam polizał, sprawiając dziecku masę radości i dając poczucie dobrze spełnionego obowiązku:)). Gdy już chcieliśmy wychodzić, Marcin zobaczył plac zabaw. Jak można było przewidzieć, zamiast edukacyjnych rozmów, wybrał zabawę w świętego Mikołaja.





Gdy już udało się wyjść i dotrzeć na rynek, zamiast wchodzić do restauracji, Marcin chciał bawić się w piasku boiska do piłki ręcznej. Wszystko tam mu się nagle podobało! Tu fontanna, tam policja, tam ciuchcia na monety, a tu przecież trzeba w końcu usiąść i coś zamówić, bo Lena się niecierpliwi. I nie skakać, i nie biegać, tylko siedzieć i czekać! 

Na ratunek przychodzą długopisy i mój zeszyt, w którym Marcin rysuje całe stada swoich ulubionych wozów strażackich. 





Po jedzeniu przyszła pora na uciekanie, a na koniec nasz królewicz się zmęczył i do auta doszedł już na naszych rękach. 

A gdy wracaliśmy i wydawało się już, że co złe, to za nami... przyszły mdłości wraz z całą zawartością trzyletniego żołądka. 




* * *

Podróżowanie z dziećmi przypomina mi przejazd roller coasterem. Ciągła adrenalina i napięcie, do tego zmęczenie i długie kolejki, a jednak taka frajda, że chcemy to zrobić jeszcze raz! :)


PS. Nowe ulubione zwierzątko Marcina: żyrafa :)