wtorek, 9 grudnia 2014

Ale pani wie, że to dziecko i tak umrze?

Każdy z nas dobrze zna realia polskiej służby zdrowia. Długie korytarze, zatłoczone poczekalnie i niewygodne krzesła - z tymi rzeczami zdecydowanie zbyt często mamy do czynienia. Kursy pomiędzy różnymi placówkami, kombinacje, czekanie, pilnowanie dokumentacji... Trzeba się dobrze we wszystkim orientować. Oczekiwanie na wyniki. Strach, świadomość odpowiedzialności i walka. Ciągła walka! Znajomości  i stan konta są nie bez znaczenia. Bo tu nikt nie prowadzi za rękę, nikt nie uspokaja, nikt nie mówi, co powinno się dalej zrobić. Brak informacji i lekceważenie. I jeszcze raz strach.

* * * 

Milczenie doktora przedłużało się. To było pierwsze usg w drugiej ciąży. Myślałam, że nic mnie nie zaskoczy, jednak wiedziałam też, że rutynowe badanie nie powinno trwać tak długo. Minuty mijały, zegar tykał. W końcu lekarz zaczął mówić. Że niby jeszcze nie wiadomo, że może być różnie. Ale widziałam diagnozę w jego oczach - z dzieckiem jest bardzo źle.

Tak się zaczęło.


Od jednego lekarza do drugiego, skierowanie, szpital psychiatryczny, kilka gabinetów, kolejne skierowanie, szpital kliniczny, amniopunkcja. I komentarze lekarza, że "to nie ma prawa boleć", chociaż boli. Ale pewnie jestem głupia i źle czuję. Całe szczęście, że syn lekarki jest mądrzejszy ode mnie i obiecał swojej mamie, że ta jeszcze przez dziesięć lat nie zostanie babcią. Uf! Dobrze wiedzieć, zwłaszcza teraz, gdy mam igłę w brzuchu i świadomość, że moje dziecko powoli umiera. Płaczę. Wszystkiemu przygląda się stado studentów. Chcę wyjść i już nie wracać. Ale nie ma tak dobrze. Badanie trzeba będzie powtórzyć.

Kolejna amniopunkcja. Godzina z igłą w brzuchu i znowu bez skutku. Ale usg nie zostawia wątpliwości - jest coraz gorzej. Nie da się nic zrobić. Lekarze wzruszają ramionami. Trzeba czekać na wyniki badań. O ile uda się je w końcu zrobić.

A z tyłu głowy ciągle strach. Strach o dziecko i strach przed tym, co będzie potem. I kiedy właściwie będzie to "potem"? Pewnie czekają nas dzidziusiowe operacje i miesiące w szpitalu. Skąd weźmiemy na to wszystko pieniądze? Ile czasu nam zostanie dla zdrowego syna?

W szpitalu psychiatrycznym lekarz próbował pocieszać - "niech się pani nie martwi, jeśli wyniki badań będą się opóźniały, to i tak jakoś można zrobię tę aborcję". Aborcję?! Jaką aborcję? Czemu nikt nie mówi, co powinnam zrobić, by RATOWAĆ swoje dziecko?!

Przez zwykłych lekarzy zostałam spisana na straty.

Ale wtedy jeszcze nie wiedziałam, że amniopunkcja daje informacje o wadach genetycznych, których i tak się nie da leczyć. A echo serca dziecka, na które miałam jeszcze długo czekać, należało zrobić dużo wcześniej.

Wszystko zmieniło się, gdy trafiliśmy na Agatową. To specjalistyczna poradnia oraz hospicjum preinatalne. Otrzymaliśmy bardzo dokładne badania i opiekę psychologiczną. Wreszcie mogliśmy zadać wszystkie nurtujące nas pytania i zorientować się, jak naprawdę wygląda sytuacja. Wreszcie ktoś nas potraktował z szacunkiem i zrozumieniem. Na spokojnie mogliśmy omówić wszystkie możliwe scenariusze. Chociaż już wtedy nikt nie miał złudzeń. Żeby było dobrze, musiałby wydarzyć się cud. Pozostawało pytanie, czy koniec nastąpi dzisiaj, czy za kilka miesięcy. Ale przynajmniej dowiedzieliśmy się, czego dokładnie możemy się spodziewać. Jak można pochować dziecko wielkości dłoni i gdzie ewentualnie można szukać takich małych ubranek. Dowiedzieliśmy się też, że na tym etapie poronienie polega po prostu na urodzeniu dziecka. I że aborcja w praktyce wygląda dokładnie tak samo. To poród, i to poród. Ale wiedzieliśmy, że będziemy czekać na naturalny rozwój wydarzeń. W końcu nadzieja umiera ostatnia.

Ale na kolejną wizytę już nie przyjechaliśmy. Musieliśmy ją odwołać. W międzyczasie serce naszego syna przestało bić.

* * *

Mało kto zdaje sobie sprawę, jak ważne jest odpowiednie wsparcie dla rodziców chorych dzieci. Wymiana informacji na ten temat ogranicza się do medialnych kłótni o aborcje, w których jest pełno kłamstw, oraz do wyrażania potępienia dla rodziców, którzy nie sprostali wyzwaniu, jakim jest choroba dziecka (bez względu na to, czy wykonali aborcję, czy porzucili dziecko w szpitalu). A ja się takim rodzicom zupełnie nie dziwię. Nie każdy może liczyć na wsparcie współmałżonka czy rodziny. Jeśli do tego rodzice nie zostaną objęci odpowiednią opieką przez jakąś instytucję, jak np. hospicjum perinatalne, zostają pozostawieni z tym wszystkim zupełnie sami. Taka sytuacja może przerosnąć każdego.

Dlatego tak ważne są placówki, w których można otrzymać profesjonalne wsparcie. Miejsca, w których pacjenci nie czują się intruzami. W Warszawie takim miejscem jest Poradnia USG Agatowa, o której już tu wspominałam, natomiast w Łodzi prężnie funkcjonuje Fundacja Gajusz.  

Zapoczątkowana przez dwie blogerki akcja "Design z Sercem" ma na celu wsparcie Fundacji Gajusz pięknymi dekoracjami. Może się wydawać, że jakieś bibeloty to ostatnia rzecz, jaka jest tam potrzebna. Ale uwierzcie mi, że takie drobiazgi mają często kluczowe znaczenie. Bo pacjenci nie są intruzami, tylko ludźmi, którzy zasługują na godne i piękne życie. Dajmy tym najmniejszym to, co najlepsze. Bo jeśli Hospicjum faktycznie miałoby być ich jednym domem, musimy się postarać, by niczego w nim nie brakowało.


Inne ciekawe linki:
*tytuł wpisu to słowa, które usłyszałam od lekarza podczas badania

52 komentarze:

  1. Magda jestem zdołowana i wstrząśnięta i dziękuję Ci za to. Waszych przeżyć Wam nie zazdroszczę...a ponieważ sama jestem mamą to mogę tylko przypuszczać co przeżyliście. Czytając Twojego posta miałam ściśnięta gardło i łzy w oczach, o akcji napisałam troszkę na fejsie ale myślę, że dzięki temu postowi będzie się ona cieszyć większym powodzeniem.
    Uściski

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki! Trzymam kciuki nie tylko za akcję Design z Sercem, ale też za pomyślny rozwój całej Fundacji, by jak najszybciej zyskała naśladowców w innych miastach, bo takie miejsca są bardzo ważne.
      Ściskam!

      Usuń
  2. Magda... dziękuję Ci za ten szczery do łez post. Wobec tego tematu nie mogę przejść obojętnie, chociaż ja nie jestem gotowa na napisanie naszej historii... Dziękuję Ci jeszcze za to, że poza udziałem w ważnej akcji i wprowadzeniu nas w Wasze najbardziej prywatne chwile, podałaś również ważne praktyczne informacje o tym gdzie szukać pomocy. To bardzo ważne, być może dzięki temu ktoś znajdzie miejsce, w którym spotka pomoc w odbudowania swojego świata.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przypomniałaś mi o jeszcze jednym ważnym linku! Skupiłam się na wywiadach, które dają duży pogląd na sprawę i niosą za sobą wiele informacji, których nie poznajemy ani w szkole, ani w mediach. Ale miejscem, które też bardzo może pomóc jest portal poronienie.pl.

      Ja już mam taką naturę, że nie lubię siedzieć cicho. Najtrudniejsze są pytania, ile mamy dzieci. Jak mówię, że dwoje, to zawsze mam wyrzuty sumienia, bo to tak jakbym się wstydziła drugiego syna. Jak mówię, że troje, ale jedno nie żyje, to konsternacja. Więc zawsze mam moment zawahania. "W domu tylko Lena i Marcin, dwoje" odpowiadam, a w myślami jestem znów na cmentarzu.

      Trzymaj się ciepło! Chyba nie sposób się oswoić czy przyzwyczaić, ale z czasem na pewno jest trochę łatwiej. Jakbyś chciała pogadać, wiesz gdzie mnie szukać.

      Usuń
  3. Szkoda tylko że "takie" miejsca dostępne są w dużych miastach......a przypadki takie jak Twój dzieją się wszędzie....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I to nawet nie we wszystkich dużych miastach! Ale jest coraz lepiej i będzie coraz więcej takich placówek. Szczerze w to wierzę.

      Usuń
  4. kurde nie zazdroszę.. i współczuję ...łezka mi popłynęła jak czytałam...
    Sama właśnie czekam na swoją Małą Rybke i dość często się zastanawiam, czy z nią wszystko w porządku...

    Zyczę dużo sił i pozdrawiam, Mariola:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mała Rybka :) to gratuluję i też życzę dużo sił, bo w ciąży zdecydowanie są potrzebne :)
      Ale nie martw się, na pewno wszystko jest i będzie w porządku. Warto myśleć pozytywnie!

      Usuń
  5. Madziu tulę mocno! Wspaniała akcja! <3

    OdpowiedzUsuń
  6. Moja córeczka umarła 3 tygodnie temu, byłam wtedy w 35 tygodniu ciąży. Wiem dokładnie, co to wszystko oznacza i niestety wiem dokładnie, jak ciężka jest nasza rzeczywistość szpitalna w takich przypadkach

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo współczuję! Nie sposób pogodzić się z taką stratą.
      Jakbyś chciała pogadać, pisz śmiało (wnetrzazewnetrza@gmail.com)

      Usuń
  7. świetna akcja, popieram...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki! Chociaż dobrze widzę ten link do kancelarii. Akcja akcją, ale SEO samo się nie zrobi, prawda?

      Usuń
  8. Odpowiedzi
    1. To udostępnij, by informacja o "Design z Sercem" trafiła do kolejnych osób. Dzięki!

      Usuń
  9. Madziu.. nie chcę sobie nawet wyobrażać co przeszliście. Tulę mocno!

    OdpowiedzUsuń
  10. Madziu cóż mogę napisać. Chyba tylko tyle, że dokładnie wiem co przeszliście. Wiem co człowiek w tedy myśli i co czuje. Wiem też jak ważna w tych chwilach jest fachowa informacja. Niestety koniec naszej historii był taki sam. Cieszę się, że napisałaś tego posta.
    K.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, że napisałaś. Obyśmy już nigdy więcej nie musiały przez to przechodzić!

      Usuń
  11. Nie znam Was, nigdy nie rozmawialiśmy w realu, ale przytulam.
    Bardzo, bardzo mocno.

    OdpowiedzUsuń
  12. Trudny temat, dlatego ważne są takie akcje. Przytulam mocno, pewnie dużo Cię kosztowało wyrzucenie tego z siebie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Więcej kosztowało mnie trzymanie tego dla siebie. I starania mojej mamy, by rodzina się nie dowiedziała. Teraz jest o niebo lepiej!

      Usuń
  13. Zaglądam na Roomor już od dawna i akcję wspieram całą sobą. Dziewczyny mają fantastyczne pomysły i wielkie serca.

    Magdo, pewnie nikt, kto nie ma za sobą podobnych przeżyć nie jest w stanie zrozumieć, co przeszłaś (przeszliście) ale wiedz, że fakt, że piszesz o tym może pomóc niejednej rodzinie, która być może będzie potrzebowała wsparcia w podobnej sytuacji. Trzeba nauczyć się mówić o takich rzeczach, bo naprawdę w szpitalach brakuje często zwykłego, ludzkiego odruchu, nie mówiąc już o właściwej opiece psychologicznej czy psychiatrycznej. Moja druga ciąża obumarła w 10 tygodniu, na zabieg czekałam 5 godzin na początku na korytarzu szpitalnym, bo nie było łóżka. Po jednej stronie miałam kobiety, które za chwilę miały rodzić i słyszałam non stop odgłosy ktg, po drugiej stronie był oddział noworodkowy skąd dochodził płacz dzieci. Na klatce schodowej czekał mój mąż, bo pan ordynator zabronił mu wchodzić na oddział poza godzinami odwiedzin. Po dwóch godzinach ja wyszłam do niego i dalej czekaliśmy oboje na klatce schodowej. Po wszystkim nikt mnie nie pytał jak się czuję, pytano tylko czy boli. Ale co?
    Jest bardzo dużo do zmiany. Przede wszystkim powinni zmienić się ludzie. Nie wiem czy to rutyna ale duża część personelu medycznego jest pozbawiona empatii, a to przecież zawód, w którym jest ona niezbędna, bo lekarze, pielęgniarki mają często do czynienia z ludźmi, którzy przechodzą przez swoje największe życiowe traumy. Nie umiem tego wytłumaczyć i nie chcę generalizować ale ja mam bardzo złe skojarzenia i wspomnienia ze szpitala.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, że podzieliłaś się swoją historią.
      Ja też w izbie przyjęć najpierw spędziłam trochę czasu z kobietami w dziewiątym miesiącu czekającymi na ktg. To jeszcze było przed weekendem majowym, więc był wyjątkowo duży ruch. Pamiętam, że panie skarżyły się, że tak długo czekają i nic nie jedzą, że ich dzieci śpią i się nie ruszają. A ja myślałam, że moje też się nie rusza. Ale już nigdy nie będzie, nieważne ile bym zjadła.
      Natomiast już po przyjęciu do szpitala było to o tyle dobrze pomyślane, że trafiłam na oddział ginekologiczny i w mojej sali nie było innych przypadków, tylko poronienia. Jedyna rzecz, która potem była nieprzyjemna, to powtarzające się pytanie przy każdym obchodzie "z czym pani leży?". Co odpowiedzieć? Z nieżywym dzieckiem w brzuchu? Ale do pielęgniarek i położnych nie mogę mieć zastrzeżeń. Obyło się bez niemiłych komentarzy. Personel naprawdę w porządku! No i pani psycholog też przyszła, udzielała informacji o możliwościach związanych z pogrzebem.
      I to był szpital na Madalińskiego w Warszawie.

      Ale koleżanka pisała pracę licencjacką o poronieniach i wiem, że zdarzają się potworne historie. Trauma potęguje traumę. Oby z roku na rok było coraz lepiej.

      Usuń
    2. Ja po zabiegu trafiłam do szpitala jeszcze trzy razy ponieważ zabieg był źle wykonany i to wszystko wlokło się za mną bardzo długo. Spotykałam różnych lekarzy, także takich, którzy podchodzili życzliwie i z empatią. Tylko to niestety tak jest, że zapamiętuje się bardziej to, co przykre, zwłaszcza że ta cała sytuacja była chyba najtrudniejszą w moim życiu i nadal jest. Dziś wiem, że w podobnej sytuacji nie szukałabym już pomocy w tym samym miejscu ale wtedy wydawało mi się to racjonalne i jedynie słuszne.

      Usuń
    3. Trzy razy... bardzo współczuję! Najgorzej, kiedy to się tak dalej ciągnie, dalej o sobie przypomina, nie można wrócić do codziennych obowiązków, które jednak pomagają się oderwać od analizowania po raz setny całej sytuacji. Mi ktoś proponował urlop dziekański na uczelni. To byłoby fatalne, gdybym się zdecydowała. Bezczynnie, bez ludzi, bez celu - nic tylko pogrążyć się w depresji.

      Usuń
  14. Jeeezu, żeby coś się wreszcie zmieniło w służbie zdrowia! Cieszę się, że są takie miejsca, w których wychodzi się do ludzi, w których lekarz jest lekarzem z pasją, zaangażowanym, chcącym POMÓC...

    Cieszę się, że trafiliście do takiego miejsca. Choć jednocześnie żałuję, że finał był taki a nie inny...
    Nie chcę się rozpisywać, odnoszę wrażenie, że żadne słowa w takiej sytuacji nie byłyby odpowiednio dobre czy coś w tym stylu... Miałam ściśnięte gardło i łzy w oczach.

    Jesteś wielka, że zdobyłaś się na to, by napisać o swoich uczuciach. To o czym pisałaś na profilu na FB - że to niby temat tabu, a może właśnie nie powinien nim być...
    Dziękuję.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za komentarz!

      Tylko że ja nie jestem wielka. Podobne doświadczenia mają tysiące kobiet, a ja po prostu dałam się zauważyć, bo nie lubię milczeć. A gdy nikt nic nie mówi o przeżyciach, które są tak mocne, tak angażujące i tak bardzo nie dają o sobie zapomnieć, to jest to nie do końca naturalne. A gdy trzeba przerwać milczenie, trudniej powiedzieć prawdę. Ale kłamać też głupio. Więc jest ciężko, a czy zrobiliśmy coś złego, by musieć to ukrywać? Ale nie jestem wielka.

      Natomiast naprawdę wielcy są niektórzy lekarze, np. prof. Dangel z Agatowej. To kobieta, od której bije spokój, mądrość i profesjonalizm. Badała mnie tylko raz, a gdy potem przypadkiem trafiłyśmy na siebie w szpitalu, od razu mnie rozpoznała i wszystko dokładnie pamiętała. To ona też zadbała, bym trzecią amniopunkcję miała zrobioną już nie na Karowej, ale w Szpitalu Bielańskim, gdzie nie było z pobraniem płynu żadnego problemu (i okazało się, że tam nawet immuglobulinę są w stanie podać pacjentowi od razu i nie trzeba czekać na zastrzyk pół dnia w lodowatej izbie przyjęć aż karetka na sygnale dowiezie). Niesamowita kobieta. I robi też niesamowite rzeczy - operacje na sercach dzieci jeszcze przed urodzeniem. W internecie można znaleźć wywiady z nią. Naprawdę bardzo piękne!

      Podobne wrażenie profesjonalisty zrobił na mnie dr Gawlak ze szpitala na Madalińskiego.

      Piszę tak ze szczegółami, bo może trafi tu ktoś potrzebujący pomocy i warto by wiedział, u kogo i w jakim szpitalu szukać wsparcia.

      Usuń
  15. Dziękuję za ten wpis... Za Wasze świadectwo i za to, że pokazujesz, że są miejsca, gdzie rodzice i dzieci otaczani są opieką. Na szczęście są ludzie, którzy chcą pomagać w tych trudnych chwilach - choćby moja znajoma, świeżo upieczona mama i psycholog, wkrótce zamierza organizować spotkania osób, które straciły swoje nienarodzone dzieci.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, nie zazdroszczę Twojej koleżance. Potwornie trudny temat. Można wysłuchać, można doradzić w kwestiach praktycznych (gdzie lekarz, gdzie pogrzeb itp.), ale nieważne co się powie innego, wszystko może strasznie denerwować. "Rozumiem" - źle, bo niemożliwe, żeby ktokolwiek rozumiał. "Będzie dobrze" - źle, śmierci dziecka nic nie cofnie; już nigdy nie zobaczymy, jak dorasta; nigdy nie będzie dobrze. "Będą kolejne" - źle, bo to już nie będą te same. Taki psycholog musi bardzo uważać na słowa! Ciężka praca.
      Mnie psychologowie strasznie denerwowali. Byli bardzo sympatyczni i pomocni, można było od nich dużo praktycznych informacji wyciągnąć, ale często zapadała taka niezręczna cisza. Nie wiedziałam, czy mam im coś powiedzieć i co to miałoby być. A jeśli nie mam nic do powiedzenia, to czy mam im po prostu powiedzieć, żeby sobie poszli? Nie chciałam być niemiła. I nie chciałam odpowiadać na pytania, co czuję. Nie potrafię na nie odpowiedzieć do teraz. Po prostu stało się, szkoda, przykro, ale żyjemy dalej. Nie jest mi to obojętne, ale też nie wiem, co mogłabym powiedzieć. Ciężko mi to wytłumaczyć. Po prostu poradziliśmy sobie z tym sami.
      Ale pomoc psychologiczna jest dla wielu osób ratunkiem w takich chwilach. Podejrzewam, że w dużej mierze dlatego, że nie sposób rozmawiać o swojej sytuacji z osobami w swoim otoczeniu. Temat tabu. Niestety.

      Usuń
  16. Ja się oczywiście wzruszyłam... Jeszcze nie znam tego z własnego doświadczenia, choć lęk o szczęśliwą ciążę towarzyszy mi od dawna. Przeraża mnie to, że żyjemy w świecie, w którym trzeba powtarzać Twoje słowa "Aborcję?! Jaką aborcję? Czemu nikt nie mówi, co powinnam zrobić, by RATOWAĆ swoje dziecko?!", w którym młodzi ludzie oczekujący najwspanialszego wydarzenia zdani są na siebie i nie wiedzą gdzie szukać pomocy... Mam wrażenie, że w tym temacie bardzo się ze sobą zgadzamy. Ściskam mocno i dziękuję!

    OdpowiedzUsuń
  17. Łączę się w bólu:* I podziwiam, że miałaś odwagę opisać Waszą historię.

    OdpowiedzUsuń
  18. Madziu to taki trudny temat... i nie umiem nic mądrego napisać, wszystkie słowa gdzieś wyleciały... bardzo mocno Was przytulam.....

    OdpowiedzUsuń
  19. Jesteś Magdo Pięknym Człowiekiem!
    Tym tematem, który podobnie jak starość, bezdomność, społeczne wykluczenie jest "spychany do podziemia" pokazałaś. że niczego co jest przypisane do ludzkiego życia nie należy pomijać.
    Jestem przekonana, że Twój tekst wielu zranionym sercom przyniósł ukojenie, spokój i pociechę.
    Katarzyna

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kasiu, jestem taka sama jak wszyscy! Ale mam nadzieję, że tematów spychanych na margines będzie z czasem coraz mniej. W końcu nic co ludzkie nie jest nam obce.

      Usuń
  20. Dziękuję za ten post, ja niestety dowiedziałam się,że moje maleństwo jest chore, czekam na wynik biopsji, ale lekarze uprzedzili,że nie ma opcji, aby wynik był dobry. Staram się jakoś trzymać, ale jest to bardzo trudne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo współczuję :( A w jakim wieku maleństwo?

      Usuń
    2. niestety od 19 grudnia mojego maleństwa nie ma już ze mną:( poroniłam w 16 tygodniu, staram się trzymać, to był synuś:(

      Usuń
  21. Bardzo mi przykro.. wchodzę na Twojego bloga ,czytam..patrzę na Wasze śliczne dzieci..a o niczym nie wiedziałam , co musieliście przejść..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pomyśl, że wśród Twoich znajomych (również tych bliskich) mogą być osoby, które może przeżywają coś równie trudnego właśnie teraz. Patrzymy na ich uśmiechnięte zdjęcia ludzi i nie mamy, co tak naprawdę u nich słychać. Bo chociaż z narzekaniem i marudzeniem raczej nie ma problemu, to o prawdziwych problemach się nie mówi. Szkoda, bo może łatwiej by było jakoś pomóc!

      Usuń
  22. Magdo, od ponad roku tu zaglądam. "Milcząco"czytam wpisy, patrzę na Wasze zdjęcia, gdzie widać ciepłe wnętrze, również to rodzinne. Zachwyciłaś mnie swoją szczerością i prostotą w jej mądrym znaczeniu. Z radością obejrzałam zdjęcia nowo narodzonej Leny i szczęśliwego Marcina, dlatego teraz, czytając tę smutną historię, myślałam, że dzielisz się przeżyciami kogoś z grona znajomych, nie własnymi... Pomyślałam, że tym razem zanim wyłączę Twojego bloga powinnam napisać Tobie kilka ciepłych słów. Jesteście dobrymi ludźmi i z pewnością inspirujecie wiele osób. Współczuję z powodu trudnych przeżyć i życzę dalej takiej siły wnętrza.
    Pozdrawiam, Asia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo! I dziękuję za komentarz - skoro zawsze czytasz "milcząco", a tym razem postanowiłaś napisać - to dużo dla mnie znaczy.

      Usuń
  23. ciężko... :(
    przytulam i sercem z Tobą.
    Trafiłam tu dzięki naszej wspólnej grupie wsparcia..

    OdpowiedzUsuń