czwartek, 4 października 2012

Wleń

Dzisiaj chciałabym Was zabrać na drobną wycieczkę krajoznawczą. Przeniesiemy się do niewielkiego miasteczka położonego w Parku Krajobrazowym Doliny Bobru w połowie drogi między Jelenią Górą a Lwówkiem Śląskim. Cudowne widoki z okolicznych szczytów, czyste powietrze, piękno dolnośląskiej architektury i tajemnicze ruiny przypominające czasy, gdy nawet o Warszawie nikt jeszcze nie słyszał - to tylko niektóre powody, dla których warto tam pojechać.
Zapraszam do Wlenia!


Wleń otrzymał prawa miejskie od księcia śląskiego Henryka Brodatego już w 1214. Z początku rozwijające się intensywnie miasteczko z czasem zaczęło coraz bardziej podupadać. Nie ciężko doszukać się powodów: wielkie pożary, liczne powodzie i wojny. W sierpniu 1813 roku doszło tu do bitwy między armią Napoleona a oddziałami rosyjskimi. Pod wieczór od ostrzału artyleryjskiego wybuchł pożar. O świcie z miasta zostało pogorzelisko. Spłonęło 90 domów, 50 warsztatów, ratusz, szpital, szkoła... Mieszkańcy jednak nie poddali się. W latach 20. XIX wieku odbudowano rynek, a na pamiątkę tragedii nad drzwiami ratusza umieszczono cytat: "EX CINERE PHOENIX - POST NUBIA PHOEBUS" ("Z popiołów feniks, a po deszczu słońce").


Kościół św. Mikołaja został wybudowany w 1217 z pomocą finansową Henryka Brodatego i jego żony Jadwigi Śląskiej. Z biegiem lat uległ takim zniszczeniom, że w 1863 rozpoczęto nie tyle remont, co odbudowę świątyni. Nie rozebrano jedynie wieży, a by pasowała do stylu neogotyckiego, dodano jej spiczaste zwieńczenie. 
W ostatnich latach odkryto, że poddasze kościoła jest domem Nocka Dużego - nietoperza zagrożonego wyginięciem. By nietoperze nadal mogły tam mieszkać, a budynek był wciąż w dobrym stanie, przeprowadzono specjalne prace remontowe nie zagrażające zwierzętom.


Przez Wleń przechodzą główne szlaki turystyczne Dolnego Śląska - Szlak Międzynarodowy E-3, Szlak Zamków Piastowskich i Szlak Wygasłych Wulkanów. Okoliczne trasy rowerowe należą do najpiękniejszych w Polsce. Spływy Bobrem cieszą się wielkim zainteresowaniem. Dla miłośników spokojniejszych rozrywek, proponuję wędkarstwo lub grzybobranie - tutejsze rzeki są pełne ryb, a lasy grzybów. 
Z baszty wleńskiego zamku rozpościera się widok na Karkonosze, Góry Izerskie i Góry Kaczawskie. Przy dobrej widoczności panorama zapiera dech. Chociaż w tej chwili zamek jest jeszcze w gruntownym remoncie, a wejście na jego teren jest zabronione, dozorca pokazuje ruiny nielicznym turystom, którzy tu zaglądają.


Zamek powstał tu na miejscu grodu drewniano-ziemnego w XII wieku. Na początku następnego wieku często przebywał tu Henryk Brodaty ze swoją małżonką, świętą Jadwigą, patronką Śląska. Rozbudowali zamek, powiększając go między innymi o 12-metrową wieżę, która dotrwała do naszych czasów. Miejsce to upodobał sobie również wnuk Henryka i Jadwigi, słynący z awanturniczego życia Bolesław II Rogatka. Więził w wieży najpierw wrocławskiego biskupa Tomasza I, a następnie swojego bratanka, wrocławskiego księcia Henryka IV Probusa. Zamek co rusz zmieniał właścicieli i był przez nich rozbudowywany. Podczas powstania husyckiego był bezskutecznie oblegany przez wiele miesięcy. Przez pewien czas należał również do rozbójników napadających na okolicznych kupców. Jeden z nich, gdy mieszkańcy nie chcieli dawać mu danin i spełniać jego życzeń, więził w lochu burmistrza Wlenia. W XVI wieku powstał 2-kilometrowy wodociąg doprowadzający czystą wodę do zamku z sąsiedniego wzgórza. W czasie wojny trzydziestoletniej wojska cesarskie oblegały zamek zajęty przez Szwedów. Gdy w końcu obrońcy się poddali, Francuzi wypuścili ich wolno, a ponieważ sami zajmować grodu nie chcieli, a nie mogli pozwolić, by stał pusty i lada dzień został znowu zajęty przez wrogie wojska, wysadzili go. Pożar obrócił twierdzę w ruinę. Od pamiętnego roku 1646 zamek zarastał i  ulegał niszczeniu.
W 2006 roku runął fragment murów zamku, a baszta się znacząco przechyliła. W związku z zagrożeniem utraty takiego dziedzictwa narodowego w 2009 rozpoczęto poważne prace zabezpieczające. Osunięcie się ziemi z fragmentem ruin stało się nie tylko dobrą okazją do remontu, ale również do prac archeologicznych. Naukowcy odkryli dużo glinianych naczyń (najstarsze z X wieku), elementy metalowe, kafle, medalik okultystyczny z XVI wieku... Wszystkie te znaleziska będzie można oglądać w mającym powstać na terenie zamku muzeum.


 Zaraz po nieszczęśliwej dla zamku wojnie trzydziestoletniej, ruinę nabył pułkownik króla Francji, Adam von Kaulhaus. Nie podjął się jednak odbudowania twierdzy. Zamiast tego postawił koło niej nowy pałac Lenno, w którym zamieszkał oraz niewielki kościółek w miejscu poprzedniego, który spłonął razem z zamkiem. Na jego patronkę powołano Świętą Jadwigę, która kilkaset lat wcześniej sama modliła się w kaplicy na tym wzgórzu. 


Do końca II Wojny Światowej pałac, co pewien czas zmieniając właścicieli, miał się raczej dobrze. Różne rodziny szlacheckie, będące miłośnikami sztuki, zwiększały kolekcje dzieł upiększających wnętrza budynku.  Choć w 1813 stacjonowały tu wojska Napoleona, a w 1945 w pałacu mieścił się niemiecki sztab frontu, dopiero po 8 maja 1945 roku majątek mocno ucierpiał. Armia Czerwona po przepędzeniu Niemców przywłaszczyła sobie wiele cennych elementów wyposażenia. 
Po wojnie pałac kilka razy zmieniał swoje zastosowanie. Przez pewien czas w Lennie była szkoła, potem należało ono do PGR, następnie do Sanatorium PKP (pełniło wtedy rolę szpitala dla przewlekle chorych), po czym trafiło w ręce Poczty Polskiej... i od 1991 popadało w ruinę. Aż na przełomie wieków pałac kupił Luk Vanhauwaert. Nowy właściciel, będący z pochodzenia Flamandem, wyremontował cały kompleks i zadbał o przypałacowy park. Teraz w pałacu znajduje się kawiarnia Lenno Cafe, a w sąsiednich zabudowaniach można wynająć pokoje.
Panoramę dziedzińca pałacu Lenno można zobaczyć TUTAJ. Serdecznie polecam! Warto zwrócić uwagę na kościółek św. Jadwigi znajdujący się na prawo od pałacu. Zza drzew wystaje jego dach i dzwonnica. Na panoramie brakuje jednak pewnego ważnego elementu krajobrazu - po tej pięknej zielonej trawce zazwyczaj biega nieduże stado owieczek :)


Okolica jest bardzo zielona. Wszędzie dookoła dużo lasów, sadów, łąk i pól, a nieduży ruch turystyczny w tym regionie gwarantuje nam, że na spacerze spotkamy najwyżej kilka osób. To wspaniała alternatywa dla osób, które nie przepadają za wypoczynkiem w dzikim tłumie, który jest tak typowy dla parków miejskich lub kurortów turystycznych, takich jak Zakopane.


We Wleniu znajdziemy jeszcze jeden pałac. Tym razem nie na wzgórzu, a w dolinie, po drugiej stronie rzeki znajduje się Pałac Książęcy. Jego najstarsze fragmenty pochodzą z XIII wieku. Był wielokrotnie przebudowywany - od średniowiecznej warowni, poprzez renesansowy dwór do francuskiego baroku. Dzięki temu zyskał labirynt korytarzy i tajemniczych pomieszczeń dodających mu uroku. Jego ostatni remont właśnie dobiega końca. W gościnnych progach pałacu mieści się pensjonat. Zainteresowanych odsyłam TUTAJ, na stronę pałacu. 


Kto by przypuszczał, że zaledwie 30 lat temu budynek został przeznaczony do rozbiórki... Po wojnie okradziony ze wszystkiego przez żołnierzy radzieckich, został podzielony na mieszkania dla rodzin przesiedlonych z Kresów. Już 10 lat później mieściła się tu siedziba dyrekcji zakładu budowlanego, warsztaty i magazyny. W latach 70-tych w pałacu powstał ośrodek kolonijno-wypoczynkowy. Niedługo potem budynek rzeczywiście przeznaczono do rozbiórki. Uratował go dyrektor Zakładu Transportowego Poczty Polskiej, który postanowił go wyremontować i założyć w nim hotel. W 2004 pałac zmienił właściciela. Teraz dba o niego pan Osiecki. Wyszukuje w różnych częściach świata dokumenty dotyczące historii swoich włości, a ich kopie chętnie pokazuje zwiedzającym. Zawsze gotowy podzielić się swoją wiedzą. Widać, że wkłada wiele serca w przywrócenie pałacowi dawnego blasku. A jest co przywracać... 

Na koniec, dla wytrwałych, jeszcze pewna dramatyczna historia związana z Pałacem Książęcym.
Pałac pod koniec XIX wieku należał do Wilhelma Rohrbecka. Zakupił go z myślą o przyszłości swojej rodziny. W 1904 małżeństwu Rohrbeck urodziła się córeczka, Dorothea. Gdy kilka miesięcy później matka zmarła na skutek powikłań poporodowych, Wilhelm natychmiast zatrudnił opiekunkę dla dziecka, pannę Berthę Zahn. W 1914 roku Wilhelm rozchorował się i trafił do szpitala. Tam zaproponował pannie Zahn małżeństwo - już teraz, zaraz, w szpitalu. Ta bardzo się ucieszyła, jednak ze ślubem chciała poczekać do czasu, aż Wilhelm wróci do domu.  Niestety, pan Rohrbeck zmarł, zostawiając swojej małej córeczce wielomilionowy spadek. W testamencie mianował też zarządcę majątku, który miał decydować o finansach nieletniej córki. Pannie Zahn zaś dożywotnio miała być wypłacana pensja. Od tej pory osierocona dziedziczka mieszkała w wielkim pałacu jedynie ze służbą i swoją nauczycielką, która była dla niej jak matka.
Po zakończeniu I Wojny Światowej nastąpił okres galopującej inflacji. Osoby mające oszczędności w pieniądzach traciły wszystko. W takiej sytuacji znalazł się również Peter Grupen, ojczym kuzynki Dorothei. Ten niezbyt sympatyczny mężczyzna zainteresował się majątkiem Dorothei. Jego żona zniknęła nagle w niewyjaśnionych okolicznościach, a on zaraz potem zaczął składać Dorothei propozycje małżeńskie. Były one systematycznie i z coraz większą niecierpliwością odrzucane. Grupen spiskował też z zarządzającym majątkiem w sprawie wynagrodzenia dla panny Zahn i wypłat dla Dorothei. Właścicielka wielomilionowej fortuny i jej nauczycielka dostawały głodowe wypłaty. Prawdopodobnie Grupen obawiał się, by majątek zanadto nie uszczuplał zanim on się nim zaopiekuje. W końcu panna Zahn została zwolniona.
Na kilka dni przed tragicznym dniem, Peter Grupen przyjechał do Wlenia wraz z całą rodziną i służącą. Oficjalnym powodem przyjazdu miało być 'poprawienie stosunków rodzinnych'. Jednak przed wyjazdem Grupen sprzedał swój dom, o czym współmieszkańców poinformował już w czasie podróży słowami: "A co powiecie na to, żeby zamieszkać z Dorotheą?...".
14 lutego 1921 roku Dorothea wraz z kuzynką wybrały się do Wlenia na pocztę. Kiedy wracały, w drzwiach przywitał je zarządca dóbr. Dorothea poszła na górę spotkać się z rodziną, zaś Urszula nadal wesoło rozmawiała z zarządcą, głównie o planach dziewczynek na najbliższe dni. Później obie poszły do pokoju na dole. Gdy rodzina zasiadła do obiadu na piętrze, a dziewczyny nadal nie przychodziły, babcia poprosiła służącą, by już je sprowadziła. Służąca zeszła na dół, a po chwili rozległ się głośny krzyk: "Panienki nie żyją!". W pokoju gościnnym, przy stoliku, leżała w kałuży krwi martwa Dorothea z dwiema ranami postrzałowymi. Parę metrów dalej znajdowała się ranna Urszula, dająca jeszcze oznaki życia. Mimo natychmiastowej pomocy zmarła dwie godziny później. W jej kieszeni znaleziono list pożegnalny. W czasie procesu grafolodzy ustalili, że choć notatka została napisana ręką dziewczynki, w podpisie przed imieniem znalazł się dopisek "nieszczęśliwa" sporządzony przez kogoś innego. Pistolet znaleziony w pokoju był zabezpieczony i leżał po lewej stronie dziewczyny, choć była ona praworęczna. Policja zaczęła podejrzewać udział osób trzecich. (...)
W noc po morderstwie Grupen został zakuty w kajdanki i przewieziony pociągiem do więzienia w Jeleniej Górze. Na stacji musiano go bronić przed tłumem rozsierdzonych Wlenian. Po długim procesie, w grudniu tego samego roku skazano Grupena na karę śmierci. Do końca nie przyznawał się do popełnienia zbrodni. Złapany po drugiej próbie ucieczki, popełnił samobójstwo.
20 lutego 1921 roku Dorothea spoczęła na Cmentarzu Ewangelickim we Wleniu tuż obok kuzynki. Mogłoby się wydawać, że więcej już nic złego nie może spotkać tej biednej dziewczyny. Niestety, w nocy na kilka dni po pogrzebie wykopano jej ciało, okradziono ją z ubrania i zabrano wyposażenie trumny. Rodzina musiała ponownie przeżywać pogrzeb. Grób zachował się do dziś, pod murem cmentarza od strony sanatorium.
Wokół całej tej historii jest wiele intrygujących wątków pobocznych, które sprawiają, że zaciekawia ona nawet dzisiaj. Sprawa tego morderstwa przeszła do historii kryminalistyki i jest wielokrotnie cytowana na wykładach
Po więcej szczegółów odsyłam na stronę pałacu, skąd też pochodzi powyższa opowieść: www.palacwlen.pl.


Wleń to świetna baza wypadowa do zwiedzania Dolnego Śląska, na którym podobno znajduje się więcej zamków niż nad francuską Loarą. Sam w sobie jest perełką, której nie można przegapić. A jeśli zagłębicie się w różne tamtejsze tajemnicze historie, zagadki, legendy, poczujecie powiew wiatru na szczycie Góry Zamkowej i smak świeżego pieczywa z piekarni przy rynku... duch tego miasta na zawsze zagości w Waszych sercach. To miejsce, dla którego warto stracić głowę. Sama już nie mogę się doczekać kolejnej wizyty tam. Bo zdjęcia nie oddają piękna tej okolicy - to po prostu trzeba zobaczyć! :)

6 komentarzy:

  1. Niech cena paliwa spada, bo Polska czeka :). Uwielbiam szwędać się po mniej nieznanych miejscach. Dzięki za wleniową inspirację.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Piękne a zarazem mało popularne miejsca mają to do siebie, że ciężko na nie trafić. A gdy już to się uda, nie do końca wiadomo, gdzie tak naprawdę jesteśmy. Bo co nam po nazwie miejscowości, skoro nie znamy jej historii, ani nie wiemy, co dokładnie warto zwiedzić.
      Mam nadzieję, że któregoś dnia los Cię rzuci do Wlenia i będziesz miała okazję przekonać się o prawdziwości moich słów zachwalających tamten region :)


      PS. Dołączam do życzenia, by cena paliwa spadła!!

      Usuń
  2. To moje miasto :)Nie myślałam,że może być dla kogoś równie interesujące...
    Znam tam każdy kamień,każdą dróżkę...
    Zdjęcia wzruszyły mnie do łez,tym bardziej,że rzadko tam teraz bywam :)
    Pozdrawiam cieplutko :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Właśnie wczoraj tam byłam i pewnie wkrótce też napiszę o tym miejscu :-) Dolny Śląsk jest pełen niespodzianek. Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń